Dziewitowie i Skarbkowie - rodziny okaleczone przez wojnę – wspomnienie.

Głos Ziemi Zwoleńskiej - Nr 44

„Ocalić pamięć, oddać sprawiedliwość, dać świadectwo"

Nazywam się Mirosława Hojda-Dziewit i pochodzę z Policzny. Jestem córką Zygmunta Dziewita i Władysławy z domu Skarbek. Urodziłam się 26 marca 1941 r., toteż wojna pozostała w mojej pamięci w postaci zaledwie kilku obrazów. Ojca nie pamiętam, bo zginął w Oświęcimiu w grudniu 1941 lub na początku 1942 roku, gdy ja miałam 9 miesięcy.

W ostatnim czasie ogarnęła mnie wola utrwalenia pamięci Ojca oraz innych członków mojej rodziny poległych lub boleśnie doświadczonych przez wojnę. Jaka szkoda, że nie dojrzałam do tej decyzji wcześniej, gdy żyli jeszcze np. Pan Zygmunt Rafalski i moja ciocia Maria Siekierska z Dziewitów.

Zebrałam dokumentację dotyczącą Ojca, rodzinne zdjęcia z okresu wojny (niektóre z datami i dedykacjami), przypomniałam sobie relacje o Ojcu mojej Babci Marii Skarbek-Szczepanowskiej i Brata Mamy Wacława Skarbka. A przede wszystkim pomogła mi w tym „przedsięwzięciu" przyrodnia siostra Taty Janina z Dziewitów - Lach. Janina pamięta wojnę, bo była już wtedy podrośniętą dziewczynką. Na początku października dostałam od niej list, którego główną treść stanowi wspomnienie o moich Rodzicach, bo Janina jest naocznym świadkiem ich tragicznego życia w czasie okupacji i opisanych tu wydarzeń.

Zygmunt Dziewit, syn Konstantego Dziewita i Katarzyny (z domu Pindakiewicz) urodził się 18 lipca 1914 r., w Zwoleniu. Ukończył szkołę podstawową w Policznie, a potem średnią w Radomiu. Przed wojną ojciec pracował w urzędzie gminy Policzna na stanowisku sekretarza. Gdy zaczęta się okupacja pozostał w gminie jako urzędnik, natomiast naczelne stanowisko wójta objął przybyły z Władysławowa volksdeutsch Jeske. Ten ostatni był prawdopodobnie nierzadkim gościem restauracji, którą przed wojną i w czasie jej trwania prowadziła Maria Skarbek - moja Babcia. Zachowało się bowiem zdjęcie, na którym Jeske przysiadł się do moich Rodziców, pozorując przyjacielskie zamiary. Na drugim egzemplarzu tego zdjęcia moja Mama podobno własnoręcznie go odcięła, jak wynika z relacji Babci.

Według opinii nieżyjącego już Stefana Januszewicza, który do czerwca 1943 roku był w gminie woźnym, wiadomo było, że niektórzy pracownicy gminy mieli kontakt z ruchem oporu, ponieważ kasa gminy trzykrotnie „opróżniona" była przez partyzantów wtedy, gdy było w niej dużo pieniędzy. Ojciec jako wieloletni przyjaciel Zygmunta Rafalskiego zapewne współpracował z utworzoną przez niego Narodową Organizacją Wojskową /NOW/.

Według przekazów rodzinnych to właśnie Jeske podstępnie wyciągnął z kieszeni Taty tajną gazetkę (prawdopodobnie „Redutę") i przekazał gestapo. Wkrótce przyszło wezwanie, by Tato stawił się na gestapo w Radomiu. Rodzina i przyjaciele Ojca namawiali Go, by uciekł i nie jechał. „Kiedyś przyszli do waszego domu aresztować Twojego Tatę i Wujka (Tadeusza Skarbka).

Obaj zaczęli się ukrywać. Ale Tato był niezwykle dobrym, łagodnym i prawomyślnym człowiekiem. Uwierzył więc temu wójtowi Jeske i razem z nim w towarzystwie Mamy pojechali do Radomia. Mama wróciła sama a Jeske dalej ją zapewniał, że Tato wróci. Po jakimś czasie przestał wręcz poznawać Twoja mamę i moich rodziców (Annę i Konstantego Dziewitów)" - z listu Janiny Lach. Tato był więźniem gestapo w Radomiu około 3 miesięcy. Mama kilkakrotnie jeździła do Niego, ale wizyty były zabronione. Tato tylko wyglądał z okna i ręką przekazywali sobie ucałowania. Podobno bardzo się kochali.

Janina zachowała również w swojej pamięci następujące zdarzenie, cytat z listu: „Twój Tato pojechał do Radomia w poniedziałek, a w niedzielę u nas w domu odbyło się spotkanie, nie tylko rodziny, ale i przyjaciół Zygmunta. Na koniec zaśpiewaliśmy „ Za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas". Boże, jak bardzo prorocze niestety okazały się te słowa. Minęło tyle lat a ta piosenka zawsze wyciska łzy z moich oczu."

24 października 1941 roku przybył do Oświęcimia transport więźniów z dystryktu radomskiego w liczbie 103 osób. Wśród nich był mój Ojciec, odnotowany w dokumentacji oświęcimskiej jako więzień polityczny o numerze 21970, a także w I tomie „Księgi Pamięci" ofiar Oświęcimia na str. 433, Oświęcim 2006 r. Ostatnia wzmianka o Tacie przypada na datę 11 grudnia 1941 roku, jako znajdującego się w szpitalu obozowym w bloku 28. We wspomnianej „Księdze Pamięci" rubryka „Dalsze losy" jest pusta. Natomiast rodzina (Babcia, Wujek) mówili, że w czasie wojny przyszło zawiadomienie o śmierci Ojca w obozie. Zmarł w wieku 27 lat. A oto co pisze na ten temat Janina Lach-Dziewit: „Pewnego dnia Twoja Mama otrzymała zawiadomienie, by zgłosić się na gestapo w Zwoleniu. Wróciła, przywożąc zawiadomienie o śmierci Taty.... Ja cały dzień czekałam razem z Tobą na powrót Mamy, która przyjechała otępiała z rozpaczy. Wieczorem (8 luty 1942 r.) zaczęły się bóle porodowe. Mama powiedziała, że jak urodzi się syn, to nie będzie krzyczeć. I rzeczywiście, w ciszy przyszedł na świat Bogusław Zygmunt".

Pamiętam jeszcze taki obrazek: to było jakieś 2 lata po wojnie. Nieznany mi bliżej mężczyzna dopiero teraz powracał z wojny do domu i powiedział, że widział mojego Tatę na stacji w Garbatce. Szybko pobiegłam do domu, przebrałam się, włożyłam buty i stanęłam pod bramą. Godzinami czekałam, nie tracąc nadziei. Niestety na próżno.

Tyle o Ojcu. Jak sądzę, był on jedną z pierwszych ofiar terroru niemieckiego z okolic Policzny.

Mama zmarła około 2 lat po śmierci Taty. W tym miejscu znów przytoczę słowa z listu Janiny jako świadka wydarzeń „Mama po śmierci Ojca już nie doszła do siebie, leżała, była coraz słabsza, dlatego ja spędzałam z Wami (mną i bratem Bogusiem) cały wolny czas. Nigdy nie słyszałam, żeby się nad sobą użalała, płakała. Wszystko dusiła w sobie, nie skarżąc się na tragiczny los: wojna, śmierć męża, dwoje niemowląt, do tego brak zdrowia ... W końcu zgodziła się pójść do szpitala w Kozienicach.... Pamiętam niedzielę, w którą wspólnie z Twoją Babcią i Wami, Tobą i Bogusiem, pojechaliśmy z wizytą do Mamy. Jechałyśmy wozem konnym po kamienistej drodze. Kiedy dotarłyśmy na miejsce lekarz poinformował nas, że ... Mama nie żyje. Umarła w przeddzień naszej wizyty. Babcia poszła kupić trumnę i ja sama (Janina miała wówczas 12 lat) zostałam z wami na kilka godzin - płakałam razem z Wami. Do śmierci nie zapomnę tej naszej Golgoty. Siedziałyśmy na wozie, a za nami trumna. Kiedy dotarłyśmy do Policzny, ludzie wracali z nieszporów. Na nasz widok zamarli z przerażenia, nikt nie wyrzekł słowa ..." Mama zmarła na chorobę określaną wówczas jako „galopujące suchoty".

Pamiętam jak przez sen jej pogrzeb, pochowano ją w ślubnej sukni. Kiedy umarła, miała niespełna 23 lata. Odtąd jedyną naszą opiekunką stała się Babcia Maria Skarbek-Szczepanowska.

To jeszcze nie wszystko - sama to pamiętam! W niedługim czasie po śmierci Mamy Babcię aresztowano i zabrano na roboty do Niemiec. Scena jej aresztowania pozostanie w mojej pamięci do końca życia: żandarmi niemieccy wsadzają Babcię do jakiegoś wozu a my z bratem chwytamy Niemców za nogi i błagamy, aby Ją zostawili. Wóz odjechał a myśmy zostali na ulicy sami. Okropnie płakaliśmy, bo został tylko pusty dom: Babcię zabrano, Rodzice zginęli, wujek Tadeusz Skarbek w Gross-Rosen, drugi brat Mamy Wacław Skarbek jako marynarz pływający na łodzi podwodnej, został wzięty do niewoli podczas kampanii wrześniowej.

Odtąd przygarnęła nas rodzina Dziadka Konstantego Dziewita, która troskliwie się nami opiekowała do końca wojny.

Epilog

Maria Skarbek-Szczepanowska powróciła z Niemiec i zastała pusty rozgrabiony dom, bo nikt w Policznie nie przypuszczał, że ktokolwiek z tej rodziny ocaleje.

Babcia była kobietą zaradną, zajęła się drobnym handlem, dzięki czemu nigdy nie byliśmy głodni. Pamiętam jak wspaniale gotowała, np. galaretę z nóżek wieprzowych, którą wymieniała na śmietanę, jaja czy masło u sąsiadów - rolników.

W latach 1954-58 Babcia podupadła na zdrowiu i z tego powodu oddała nas z bratem do Domu Dziecka. Mnie do Radomia, a brat znalazł się w Kielcach. Zmarła w maju 1960 roku w wieku 68 lat.

Brat ukończył w Kielcach Technikum Budowlane i pracował w Biurze Projektów, zmarł 2 kwietnia 1991 roku. Ja ukończyłam Filologię Polska na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie i całe życie pracowałam jako polonistka w Liceum. To, co napisałam, traktuję jako moralny obowiązek wobec swoich Najbliższych. Chciałam odsłonić przy tej okazji szerszemu ogółowi, bolesny fragment dziejów mojej małej ojczyzny, z którą czuję się wciąż bardzo związana. Że posłużę się tu słowami poety: „Mnie ta ziemia od innych droższa Ani chcę, ani umiem stąd odejść..."

Postscriptum:

Na zakończenie parę słów o losie przyrodniego rodzeństwa mojego Taty, czyli Tadeusza i Janiny Dziewitów.

Tadeusz (ur. 1929 r.) po wojnie ukończył Akademię Medyczną w Łodzi i większość swego życia pracował jako Ordynator Oddziału Zakaźnego Szpitala w Chorzowie. Od kilku lat nie żyje.

Młodsza od niego Janina ukończyła Studium Dziennikarskie Uniwersytetu Warszawskiego i przez 35 lat pracowała jako dziennikarka w Opolskiem Oddziale „Dziennika Zachodniego". Od wielu lat mieszka w Opolu.

Oboje czule i troskliwie opiekowali się mną i bratem w czasie wojny i po jej zakończeniu. Janina ponadto bardzo mi pomogła w napisaniu niniejszej relacji, będąc naocznym i wiarygodnym świadkiem wojennego dramatu naszej rodziny. Jestem jej za to bardzo wdzięczna.

Mirosława Hojda